początek podróży
Przemierzając setki kilometrów po Włoszech, pragnęłam zatrzymywać się w niezwykłych miejscach. Decydując się na ten wyjazd, wybieraliśmy do życia okolice, gdzie morze będzie mienić się tysiącem odcieni błękitu i turkusu. Tak brakowało mi już inspiracji…
toskania
Do Chianciano Terme dojechaliśmy późnym wieczorem, nie było więc widać tych rozległych widoków z cyprysowymi drogami, zielonych przestrzeni i panoramy, o której czytałam na wieku blogach podróżniczych, które opisują Toskanię. Rano otworzyłam oczy, w pokoju było dość ciemno. Przez zamknięte okiennice wpadały małe smugi światła. Zaintrygowana, rozsuwam zasłony, otwieram okno i jest. Cóż za widok. Zielono niebieska bezkresna panorama jak okiem sięgnąć. Jak natchnienie i inspiracja w jednym. Złoto na niebie w błękitno zielonym towarzystwie…To było pierwsze wrażenie, jakie poczułam w Toskanii. Zachwyt. Potem była już miłość. W Toskanii można się zakochać. Toskańskie miasteczka zachwyciły mnie. Architektura, która tworzy niepowtarzalny klimat. Kolory natury i ogromna przestrzeń. Cudowny region Włoch.
Montepulciano i Pienza – urocze. Wyruszamy dalej, to był tylko krótki przystanek, ale jakże wartościowy.
kalabria
Tropeę, która była naszym pierwszym domem w Italii, pokochałam. Niepowtarzalny klimat miejsca, przepiękne plaże, stare miasteczko, które wydało mi się połączeniem brzydkiego z pięknym, budzące również skrajne emocje, które z czasem przerodziły się w uwielbienie, tego tajemniczego dla mnie miejsca. To tam powstały pierwsze moje obrazy z serii włoskiej. To tam poczułam przypływ tak pozytywnej energii, którego nie pamiętam od lat… Nie wiem, czy to uderzenie słońca, którego w Polsce tak niewiele doświadczamy, czy kolorystyka moich ukochanych turkusów zmieszanych z błękitami, czy ten włoski luz, spowodowały, że odżyłam. Ciało, umysł i dusza dostawały każdego dnia to, czego potrzebowały, bez zbędnych obciążeń, stresów, ludzi. Poczułam zadowolenie z siebie, połączenie z własnym ja, o jakim marzyłam, akceptację i radość z bycia tu i teraz. Dzień mijał jeden za drugim, skąpany w słońcu i pięknym, turkusowym morzu. Wieczorne spacery były magiczne i przechadzanie się tymi samymi uliczkami co dnia, nadal fascynowało. Tropea jest magiczna. To jedno z niewielu miejsc, w którym poczułam to coś, czego nie potrafię dokładnie nazwać. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Kalabrii, czułam nostalgię i sentyment. Pamiętasz to uczucie, kiedy wakacje dobiegają końca i czuć zapach wygasającego już sierpnia? Takie odczucia towarzyszyły mi wówczas.
matera
Przemierzaliśmy setki kilometrów do naszego drugiego domu w Apulii. I tak na naszej mapie znalazła się Matera… To niezwykłe miasto. Zachwyty, o których można przeczytać na wielu podróżniczych blogach, mają swoje uzasadnienie. To magiczne i tajemnicze miasteczko wykute w skale. Zapiera dech w piersiach. Byłam pod ogromnym wrażeniem, przemierzając setki stopni schodów, które prowadzą to w górę, to w dół. Urokliwe zaułki, z których każdy może zauroczyć. Długą historię tego miejsca czuć wszystkimi zmysłami. Lekko pożółkły już kolor kamienia, szeroko rozpościerająca się panorama na wąwóz, który tonie w zieleni i czysty błękit nieba przetykany ciężkimi chmurami – to wszystko sprawiło, że jest to miejsce, do którego kiedyś powrócę…
apulia
Apulia przywitała nas również zaskakująco. Spoglądając przez okno samochodu, z niedowierzaniem patrzyłam na cmentarzyska w gajach oliwnych. Tysiące drzew oliwkowych, które umarły. Setki gospodarstw, w których nie ma już życia. To katastrofa spowodowana bakterią, która zabiła milion drzew oliwnych w Apulii, a półwysep Salento, na który właśnie wjechaliśmy, został szczególnie mocno dotknięty. Widok ten co dnia, budził we mnie przygnębienie… Wybrzeże apulijskie jednak żyje, żyje błękitem i bielą. Turkusowe fale obmywają piaszczyste brzegi lub obijają się o jasne skały wyrastające z morza. Piasek i wiatr. Skała i woda. Siła i delikatność. Leniwe sjesty. Pracowite poranki. Ciepłe wieczory w świetle księżyca i gwar starego miasta Otranto. Niezwykłe wspomnienie… Moje miasto perła w Apulii to Lecce. Zachwyt, podziw dla kunsztu, oryginalność i dbałość o detale. Kolorystyka tego miasta zachwyca, to miodowo-piaskowa architektura baroku. Każdą uliczką można przechadzać się kilka razy i to nie jest nudne, bo za każdym razem odkrywasz co innego. Albo skręcisz w zaułek, gdzie czeka cię niezwykły balkonik w barokowym stylu, z którego spływają kaskady zielonych roślin. Zapach intensywnych włoskich perfum miesza się z zapachem kwiatów. Prawdziwie włoski klimat. Cud architektury. Pięknie zachowane zabytkowe miasto z klimatem. To Lecce… Barocco. W Apulii chciałam zobaczyć te wyjątkowe miasteczka, o których tak głośno wśród fanów Italii. I tak dotarliśmy do Alberobello. Wchodzę do miasteczka i mam uczucie jakbym przeniosła się do bajki. Co to za kształty? Domki ze stożkowatymi dachami, precyzyjnie pobielone ich ściany, tłumy turystów. Zadziwiający jest fakt, że niektóre z trulli są do dziś zamieszkałe. Czy da się wieść normalne życie w takim miejscu? To Alberobello – miasto małych domków na planie koła. Białe miasteczko z barwnymi akcentami, położone w zielonej Apulii, zachwyca od pierwszego wejrzenia. Ostuni. Plątanina uliczek z zaułkami, w których kryje się intensywny zapach w kolorze kwiatów, białe kamieniczki, panorama na błękitno-szare morze w oddali… Idziesz i wracasz, by dostrzec coś, co umknęło za pierwszym razem. I znajdujesz. Kuta balustrada niczym finezyjna rama do zdjęcia, a tam zdobiony portal, który pamięta styl barokowy, dalej schodki, donice, balkoniki i pranie… Kolejny cud.
Nasza podróż dobiegała końca… Przed nami długa droga powrotna i pożegnanie z południem Włoch. Zwieńczeniem tej podróży, również artystycznej, był namalowany przeze mnie któregoś wieczora obraz pt. „Nadciągająca fala zmian”. To kwadrat, w którym zamknęłam koło. Symboliczny dla mnie kształt, barwy, lekkość. Wszystko ma swój czas, jak fala, która mknie do brzegu… wita się z nim… aby po chwili zniknąć… A ja stoję nad brzegiem morza. Ciepła woda muska mi stopy. Wzrok utknął gdzieś daleko na horyzoncie. Fala za falą… To medytacja pożegnania. Spokojne morze, ciepły wiatr, skalista zatoka o zachodzie słońca…
jezioro garda
Ponad tysiąc kilometrów przed nami, długa podróż, dzięki której dotrzemy nad jezioro Garda. To ostatni przystanek. Przepiękne. Tajemnicze. Intrygujące. W otoczeniu majestatycznych gór, których szczyty spowija mgła, lśni granatową taflą wody. Wokół jeziora rozsiane są maleńkie miasteczka tętniące życiem. Tu naprawdę jest pięknie. W centrum Desenzano del Garda kołyszą się łódeczki przycumowane w malutkim porcie. Bardziej na północ leży Limone sul Garda, to miasteczko cytryn. Na zboczach gór widać zielone winnice i, co zadziwiające, gaje oliwne. Wieczorem, intensywny w kolorystyce zachód słońca, przypomina nam – czas wracać do domu…
Dziękuję mojemu życiu za to, że mogłam doświadczyć tej niezwykłej podróży.